|
niedziela, 18 stycznia 2009 @ 23:24:33 | |
. eh a mialam cos dodaca tu sesja jestem jak tolkien ktory pisal wladce przez 13 lat... |
|
| ... | |
|
środa, 29 października 2008 @ 17:46:43 | |
kuurde noo ja mam zamiar cos jeszcze napisac ale kurde jakos tak czasu, natchnienia, nic kurde
|
|
| ... | |
|
środa, 23 lipica 2008 @ 00:37:45 | |
...
|
|
| Czesc I | |
|
niedziela, 18 maja 2008 @ 19:17:18 | |
no bo wiecie sa wakacje, czasu ni ma- Ne... Robin? Czego się durniu obijasz?- Lindsay kopneła leżącą na łózku kolezankę w goleń. - Dla dobra narodu... - Znaczy się, co robisz? - Nabieram mocy urzędowej... - ? - Leżę... - Ale czemu na łóżku Dracona? Wyrzut sumienia? - Znowu jakiś mugolski zwrot? - Nie, ten jest uniwerslany. To znaczy przynajmniej większość ludzi ma sumienie. Tak piszą w książkach do biologii... - Obok tego, gdzie piszą, że kawa jest niezdrowa? - Masz rację, głupi ci mugole...- Lindsay westchnęła i obróciła się twarza do okna. - Draco wraca jutro. Pewnie wyprali mu mózg wybielaczem i jeszcez wlali ręcznie robionego krochmalu. - No... terapia zakonna to nie żart. Pnoć mielu mu tam wybić z głowy sprawy męsko męskie... ale po miesiącu wśród samych chłopów efekt moze być odwrotny od zamierzonego... Biedak tak się rzucał, że on nie chce tam iść, aż go ojciec zdzielił laską po żelu do włosów. - NIE! Lindsay kiwnęła głową potwierdzając straszną nowinę. - Czy nie ma już żadnych świętości?!- Robin wpadła w histerie - Weź, bo jak cię tu zobaczą w Slitherinie, to zadna moc ci nie pomoże. Nawet ta urzędowa. Przy tylnym wejściu do zamku odbywał się właśnie wyładunek zapasów żywnościowych. Profesor FLitwick, odpowiedzialny za nadzór, doglądał czy wszystko jest w porządku. Przechadzał sie wesoło między pudłami z artykułami spożywczymi. Natrafił na swoje ukochane pudła z kawą, zawsze i wszędzie je pozna, nawet na drugim końcu świata oznaczone jako karma dla sklątek tylnowybuchowych. Poklepał drogocenne kartony zaciągając się zapachem.... Zaraz! Coś tu nie gra... - Przykro mi, dzisiaj mamy tylko bezkofeinową.- powiedział dostawca rzeczowym tonem, oznajmiającym, że płacz i krzyk nic nie wskura. Wcisnął osłupiałemu Flitwickowi długopis do dłoni, złapał za nią i pociągnął parafkę pod kwitem odbioru zamówienia. - Niestety nie będzie normalnej kawy aż do następnego tygodnia. To do widzenia.- dostawca pożegnał się i czym prędzej zmył na bezpieczną odległośc. Zimny wiatr przeszedł przez błonia Hogwartu powodując dreszcze u wszystkich, którzy stali mu na drodze. Niektórzy słyszeli przeszywający krzyk dochadzący z daleka, z nieznanego kierunku. Flitwick stał nieruchomo. Jego mózg wciąż trawił, to co właśńie usłyszał, panicznie starając się zwymiotować. Taa... potrzbne mu było płukanie móżgu i to natychmiast. To nie był pierwszy raz, kiedy tkai kryzys miał miejsce. Poprzednio przebrali go za skrzata do kawy(małe bandziory odmówiły serwowania bezkofeinowej pod groźbą sparaliżowania szkoły poprzez nałożenie środka przeczyszczającego własnej receptury, którego nawet Bertie Bott by nie wymyślił, na sztućce i zamknięciem wszystkich toalet 'do sprzątnięcia'). Ale teraz flitwick ni ebył pewny co było lepsze. Bunt skrzatów czy uczniowie, którzy zdadzą sobie sprawę, że coś jest w kawie nie tak i powieszą go na słupie flagowym na najwyższej wieży. Te okropne centaury urządziły sobie zawody strzeleckie ostatnim razem. W tym roku jakoś teraz wypadało bezgłowe polowanie(czy jak to się tam zwało). Stado duchów przechodzących przez ciało jest gorsze niż nawet opalanie nóg z dyrektorem w srodku lutego w świetle księżycowym na brzegu jeziora. Ale nic nie było tak straszne jak ta dziewczyna Loxleyów kiedy nie dostaje swojej działki. Zupełnie jej wtedy odbija. A Lindsay była rzadkim typem maga, który nie potrzebuje zadnych różdzek ani innych magicnzych przyrządów aby siać spustoszenie i powszechną histerię. Zabiłaby nas wszystkich zanim Dumbledore byłby w stanie powiedziec 'czary mary'. Przy 'hokus pokus' nie byłoby już z czego odbudować zamku ani na cyzm posadzić nowego lasu. Jeśli wydaje Wam się, że Reila uratuje sytuację w swój wyjątkowy, uroczy sposób, to się grubo mylicie. Ale nie ważne, w końcu ratowanie swiata za każdym razem to zadanie trójcy swiętej. (dla Waszej informacji w tym momenecie autorka złowieszczo sie uśmiechnęła, w też powinniście) |
|
| wybaczcie mi | |
|
sobota, 3 maja 2008 @ 20:21:15 | |
notka sie wiecie, pisze... e... razem z calkami bedzie niedlugo no przepraszam troche zabalowalam az mi porzucilo bloga |
|
| Sowo, wróć!! | |
|
wtorek, 12 lutego 2008 @ 22:30:55 | |
Przepraszam za tak długa przerwę, to dlatego, żea) sesja egzaminacyjna b) podbój Krakowa Wszystko przeczytam, wszystko skomentuje, dajcie mi trochę czasu. :* DO OCENIAJĄCYCH WSZELKICH Wiecie co w duuuupie was wszystkich mam, ileż można czekać, ileż można się prosić, wywalam wasze avatary, nie będę reklamować partaczy i ludzi niepoważnych. Żebym ja nie miała waty cukrowej zamiast części odpowiadającej za orientację w terenie w mózgu to by nota może i była wcześniej. A tak możecie na mnie mówić Buszująca W PKP, Tańcząca Z Konduktorami czy też Zaklinaczka Pociągów. 20 minut w krótkim rękawku z głębokim dekoltem o 4 nad ranem w totalnym wygnajewie, gdzie nic poza stacją nie ma bo mi sie zachciało baterii do mp3 i wsiadłam z powrotem do złego pociągu.... Nic oczywiście ze swojego pociągu nie wzięłam, kasy, rzeczy, kurtki, tylko telefon na ostatniej kresce i to mnie uratowało. Jak nie dostanę zapalenia płuc to bedzie święto. Dobrze, że mi konduktorowie powiedzieli, zaraz po tym jak mnie poinformowali, że jestem aresztowana(ciekawe co zrobiłaby w takiej sytuacji Reila- zaczęłam się zastanawiać) i skasowali 15 zł, że mam za trzy stacje wysiąść a nie na następnej, bo tam sie mój nie zatrzymuje. To wszystko przez tego krokieta. Z miesem jednak był kurde, a ja miałam takiego kapcia w gebie, że nie wiedziałam co jem. Biedne zwierzątko. Bez kitu, to pewnie tez nie przypadek, że ta stacja się Krzyż nazywała. Zrzeszyłam Ojcze, wybacz. Rzuciłam na siebie sama klatwę... No i prawie podpaliłam pub, bo znalazłam z taką jedną wspólny język nad świeczką. Ale zabiłam ogień popielniczką. Tylko potem nam koledzy świeczkę zabrali. W ogóle...... Smok wawelski..... Stoi piękne smoczysko na kamieniu przed grotą. A na kamieniu tym odlana z brązu tabliczka, w średniowiecznym stylu, ze średniowieczną czcionką. 'to jest smok wawelski. Aby smok zionął ogniem wyślij sms pod numer.....' Wiecie jaką glebę zaliczyłam? To w średniowieczu mieli telefony? Może Grunwald też rozstrzygnęła liczba smsów? A zatem do dzieła - Zabieram ci sowę, kieszonkowe, masz szlaban na wszelkie wyjścia i korespondencję, bla bla bla zrzędu zrzędu zrzędu- Lucius Malfoy produkował się nad swoim jedynym synem. Oczywiście bez świadków, przy ludziach zawsze chwalił Dracona, niezależnie od tego, jak wielki rekord głupoty ustanowił. Myślicie pewnie, że Draco przecież nie jest głupi. On po prostu rozdziela swój rozum między trzy osoby, ale wina zawsze spada na niego. - Tak jest Ojcze Nasz.... ***Parę godzin wcześniej*** Robin siedziała niczym zaklęta i wpatrywała się zauroczona w Freda i Georga Weasleyów ustawiających właśnie piramidę z wszelkiego dostępnego na gryfońskim stole jedzenia, nad głową nieświadomego zagrożenia profesora Snape'a. Co Robin mogła poradzić, że jej to imponowało. Co Draco mógł poradzić, że pod tym względem przegrywał z Weasleyami na całej linii. Wstał i przez łży, drżącym głosem wymamrotał: - B-bom-m-mbardo.... Jedzenie rozprysło sie po całym ciele pedagogicznym. Uczniowie idąc za przykładem rozpętali wojnę na jedzenie. Zdesperowane skrzaty domowe, nienadążające z przyżadzaniem śniadania w tak szybkim tempie, gubiły sztućce w owsiance, pojemniki na przprawy w soku, naczynia i garniki w innych potrawach. Gubiły lub też liczyły na szybsze rozstrzygnięcie bitwy. - DRACO MALFOY DO POKOJU DYREKTORA!!!!!!- darł się Drops. Draco przechodząc obok gryfońskiego stołu usłyszał od bliźniaków, że jeszcze się z nim policzą za przywłaszczanie sobie ich pomysłów. Nauczyciele obmyśląjąc zemstę opuścili główną halę. - No rusz się Reila, ja jestem na diecie!- Robin dźgnęła koleżankę widelcem na zachętę. Severus 'Cukieras' Snape kroczył niezbyt dumnie ku swej komnacie, cały pokryty śmietanowym tortem o wdzięcznej nazwie 'Okres Buntu Nastoletniego Olbrzyma', gdy pod samymi jej drzwiami drogę zagrodziła mu Reila, Zebrała na palec nieco księżycowego deseru lodowego z jego policzka i powooooli zlizała. - Dzień dobry *liz* profesorze.... - Dzień dobry.... Reila.... Panno O'Shaley.- wymamrotał zbity z miotły. (tropu) **** Lochy, pod nieobecność Snape'a - Dorzuć tam jeszcze trochę cukru i wazeliny- nakazał Fred stojąc nad mocno dymiącym kotłem, którego zawartość świeciła wściekłym, różowym światłem - Się robi, brachu, a ty poszukaj jeszcze migdałów, pieszczoch i tego różowego misia- odpowiedział George- pokazemy zbirowi co to znaczy zadzierać z Weasleyami! - Taaaa po takim napoju miłośnym nawet McGonnagal's zatańczyłaby na barze w stroju pielęgniarki - A może by tak jeszcze jakiś pejczyk wrzucić dla zabawy?- zaproponowała Ginny, która od jakiegoś czasu przyglądała się swoim braciom. Bliźniaki zdecydowały, że chyba nie chcą wiedzieć, skąd i po co Ginny ma ten pejczyk, ani kogo nim leje. Łazienka na trzecim pietrze - Liiinds! Masz wysłać sowe? - hhmm mm hyhuhyhfuufyfaaa - O czym ty tam do mnie jęczysz?- spytała tradycyjnie lekko podirytowana Robin. Otworzyła drzwi do toalety, w której siedziała Lindsay. Zastała ją zawiązującą kawałek szmaty ponad łokciem trzymając jeden koniec w zębach. - Tfu! Mówie, że zostało mi już pergaminu tylko na jedną, więc nie za bardzo. Linds wzięła do ręki sporych rozmiarów strzykawę z ciemną substancją w środku i wbiła sobie w żyłę. - To chociaż strzałkę?- spytała Robin z podłogi, na której właśnie wciągnęła nosem kreskę smoczej kawy sypanej. - Aaaa...- westchnęła z ulgą Lindsay, gdy wstrzykiwana czysta kofeina powoli zaczęła rozchodzić się po jej ciele- No puść sobie strzałke. - Apsik!- Robin kichnęła- Kurde, nienawidze tego świństwa... Dajżesz mi to...- wyrwała Lindsay strzykawkę, wbiła w tętnicę szyjną i wstrzyknęła resztę zawartości. - Tak prosto do mózgu hehehe też dobre...- zaśmiała się Lindsay - Ja tam mam watę cukrową chyba jednak... Czujeto. Dobra, kurde,sprawdzianzwróżbiarstwa,lecimybonasfacetka...- mówiła z prędkością światłą Robin - Weż ty już nie dawaj w szyję, za mocno cię kopie... - Ococichodzi - O nic... Robin z mocą 99,99 koni magicznych pędziła szkolnym korytarzem. Podmuch wywołany jej przejściem zwalał obrazy i zdzierał tapetę ze ścian. Towarzyszył temu dziki skowyt portretów, głośne, długie i jakby urwane w pewnym momencie miauknięcie. Gdy w końcu podniósł się właz do sali wróżbiarstwa ukazały się w nim dwie promieniujące złocistym blaskiem postacie. Dwie niebiańskie posłannice Zbawicielki Kofeiny przemaszerowały przez salę do swojego stolika na końcu głosząc zmartwychwstanie, a wszystkie twarze zwrócone były ku nim. - Khem khem.- usłyszały kaszlenie zza pleców - Hę?- Obróciły się poirytowane tym, że ktoś psuje podniosły nastrój towarzyszący ich wejściu. - Profesor Trelawney dzisiaj nie ma, ma coś bardzo ważnego do załatwienia w Departamencie Nadużyć W Pionie Edukacji. Ja będę ją zastępował- odezwał się poważny mężczyzna podpierając się rękoma o biurko. Ledwo widoczna żyła pulsowała mu na czole. Dziewczęta usiadły. Po drodze Robin przewróciła jeszcze parę foteli ku zgrozie kolegów i koleżanek. Mężczyzna nadal stał wbijając w nie wyczekująco wzrok. Na twarzy Lindsay pojawił się wyraz, wskazujący że zrozumiała, że zachowała sie źle i powinna się poprawić. - Ojejku, przepraszam najmocniej... - zaczęła, a mężczyzna z wyniosłością kiwał potakująco głową - ....nie pozwoliłam panu usiąść. Zagapiłam się, proszę, niech pan siada. - Ale ty niewychowana jesteś, jak mogłaś o panu zapomnieć- strofowała ją Robin - WYCIĄGAć KARTKI NIEWDZIĘCZNE BACHORYYYYYYYYYY!!! Ponieważ zastępca użył zaklęcia nagłaśniającego, uczniowie mieli spore problemy z usłyszeniem pytań. - Kto był pierwszym przepowiadaczem przyszłości w naszej szkole... Kto najbardziej ucierpiał podczas przepowiadania przyszłości... Dlaczego nie powinno sie przestrajać kryształowych kul, tak, aby odbierały Słoneczny patrol... Co mam w lewej kieszeni... Czy mam skarpetki do pary... Oddajemy kartki. - Co? - Słucham? - Nic nie słyszę... - ODDAJEMY KAAAAAARTKIIII!!!!- ryknął - No. W końcu moge iść na faję, bo już nie wyrabiam- pomyślał do siebie - Kuur przez to jego darcie się rozsypała mi się kawa w torbie. Popatrz, wszystko uwalane, nawet ten sprawdzian- narzekała Robin Gdy tylko uczniowie wyszli zastępca wyciągnął z walizki metalowe pudełeczko. Rozsypał zawarty w nim tytoń na pierwszy z góry pergamin, sprawdził tylko imię i nazwisko, po czym zwinął w rulonik i odpalił. Tfu... nie smaczne. Dwója. Odpalił następny. Hmm. no ten już nieco lepszy... Może nawet i 4-. Co my tu mamy dalej... Robin Loxley... Mmmmmm! Kuurde Z czego to, takie dobre... 6+. Niech ma. Ciekawe co za jedna. Jeszcze tego by chcieli, żebym ich wszystkich pamiętał. Skończywszy sprawdzanie rozłożył się w fotelu, położył nogi na biurku, zdjął różowiasty, ozdobny jedwab okrywający szklaną kule profesor Trelawney, popukał różdżką, to z prawej, to z lewej, aż jego oczom ukazał się biegnący plażą biust w rozmiarze potrójnego D a zaraz za nim Pamela w swoim czerwonym kostiumie. 'Iiiiii'll be theeere, I'll be there' (opening Słonecznego patrolu) - Gred, może tutaj?- zaproponował George wskazując na ławkę, w której zazwyczaj siedzieli Crabbe i Goyle - Dobry pomysł Forge- odpowiedział mu Fred Postawili na drewnianym blacie piękną, kryształową buteleczkę, z różowo-czerwoną miksturą w środku, z przyczepioną etykietką Miodowego Królestwa 'Bardzo słodki likier wiśniowy'. Popatrzyli na siebie z uśmiechem i równocześnie przytakująco kiwnęli głowami, po czym założyli na siebie pożyczoną od Harry'ego pelerynę niewidkę. Trójka ślizgonów miała tu dzisiaj odbywać szlaban za zajście podczas śniadania. Jeden z wielu szlabanów oczywiście. A ponieważ profesor Snape z nieznanych przyczyn był od rana niedysponowany, siedział zamknięty w swoim pokoju cały czas, szlaban mieli odbywać sami. Draco wszedł do klasy, rzucił torbę na biurko, usiadł i wbił głowę w blat. Miał ochotę zamknąć się w sobie i wyrzucić klucz. Crabbe i Goyle, którzy mu towarzyszyli, początkowo tylko przypatrywali się buteleczce. Mieli już za sobą doświadczenia z drugiego roku, kiedy to znaleźli przypadkowo pozostawione słodkości. Następne co pamiętają to to jak obudzili się w schowku na ścierki. Crabbe mimowolnie oblizał usta. Goyle poczuł, ze zaczyna wydzielać soki trawienne. Wszystko trwało nie dłużej niż trzy sekundy, niestety Draco był zbyt zajęty użalaniem się nad sobą, aby za nich pomyśleć. Blondyn poczuł czyjś wzrok na sobie. Zignorował to. Następnie poczuł, że ktoś się do niego przybliża. - Nie wkurzajcie mnie nawet! Co wy wyprawiacie?!- ochrzanił kolegów. Crabbe i Goyle niestety nie byli już zbyt świadomi tego co robią. Pierwszy na Malfoya rzucił sie Vincent, a zaraz za nim Gregory. Bliźniacy zadawali sobie bardzo dużo trudu, aby sie nie roześmiać. Draco wydzierał się na całe gardło, wołając o pomoc, ale kto o zdrowych zmysłach zapuszczał się do lochów bez wyraźnej potrzeby. - Ooo i jeszcze jedno. I jeszcze ujecie z profilu. I kolejne...- bliźniacy postanowili wszystko dokładnie sfotografować, ich porażkę widziała przecież cała szkoła. - Kuurde... aż hehe mi... go n-nawet... heh żal- wydukała Robin przez łzy, leżąc na podłodze, zwijając się z bólu ze śmiechu. - Heheheheh noo!!... bez kitu!!...- odpowiedziała jej Lindsay, która ze śmiechu zleciała ze schodów, musiała krzyczeć z dołu, żeby ją Robin mogła usłyszeć - Ty, wyślemy mu to do domu- zaproponowała Robin - Dooobre- odpowiedziała z entuzjazmem Lindsay Dziewczyny pobiegły co sił w nogach do sowiarni, wybrały najszybszego ptaka, zapakowały szybko zdjęcia do koperty, odcisnęły na niej usta i narysowały serduszko, żeby bardziej dobić. Wcisnęły sowie kopertę i puściły na wiatr. - No heheh- przegiełyśmy- powiedziała nadal skręcając się ze śmiechu Robin - O jaaa... dawno takiej zwały nie było... - Takiego czego? Znowu jakieś mugolskie słówko? - Ty... Robin....- na twarzy Lindsay odmalowało się przerażenie - Czo jeszt... - A jemu stary nie zabrał sowy i wszelkiej korespondencji? Jeżeli jesteście sobie w stanie wyobrazić, jak czuje się ktoś, kto właśnie ma zawał, to mniej więcej tak właśnie się czuły. Rzuciły się do okna, wołały sowę z powrotem, co najmniej cała szkoła je słyszała, a przynajmniej całe błonia gapiły sie na nie jak na ostatnie debilki. Podobnie czuli się Lucius i Narcissa gdy dostali zdjęcia swojego jedynego syna w objęciach Crabbe'a i Goyle'a. Z tą różnicą, że Lucius na prawdę dostał ataku serca, Narcissa tylko zemdlała. Gdy się obudziła nie wiedziała kim jest ani kim są ci ludzie w białych fartuchach i czemu mówią do niej spokojnie jak do małego dziecka. |
|
| Filch na ratunek! | |
|
niedziela, 30 grudnia 2007 @ 18:37:03 | |
Lay wrócił, mam nadzieję, że lepiej teraz. Aczkolwiek Watson zostanie w komentarzach póki co, jakoś jednak pasuje chyba do ogólnego klimatu.Poranne słońce dźgało Robin po policzku (Wstawaj leniu!). Jej myśli powoli z całkowitego rozbicia skupiały się najpierw na długim niecenzuralnym zdaniu, a następnie na codziennym rytuale doprowadzenia się do używalności. Czyli najpierw sturlać się z łóżka, nie zaplątać się po drodze w zasłony baldachimu, ocucić się uderzeniem o podłogę, następnie doczołgać się do łazienki. No to do roboty. Robin zaczęła się leniwie przewracać na drugi bok w oczekiwaniu na spotkanie z podłogą. - Łożesz... Nie pomogło. Została jeszcze druga opcja- schody. Nie... jak ona się potem doczołga z powrotem do łazienki? Poranki w Ravenclawie nie należały do przyjemnych. Po obiciu głowy o najbliższy filar, głębokiej duchowej kontemplacji bólu głowy, zimnym prysznicu, nieudanym suszeniu włosów za pomocą zaklęcia 'pustynnej burzy sądu ostatecznego', Robin jakoś zwlokła się do dormitorium. Po drodze obiła się o pomnik Roweny, któremu ktoś domalował wąsy i parę innych męskich atrybutów. Kevin pomógł jej pozbierać potrzebne książki, i zręcznie przeprowadził miedzy koczującymi pod drzwiami domu uczniami, którzy nie znali odpowiedzi na pytanie otwierające drzwi. (W Ravenclawie zamiast hasła odpowiada się na pytanie) Robin naszła taka refleksja, bardzo delikatna i subtelna- że kiedyś rano zapomni, że jest na schodach a nie w łóżku. Chcąc, niechcąc, rozkleiła powieki i spojrzała w dół. Rozciągało się przed nią z dziesięć pięter ruchomych schodów i ścian obłożonych portretami. A na dole Filch zamiatający to co zostało ze schodów Gryfonów. Wpaść w ramiona Filcha i umrzeć. Tak, o tym marzyła. Toteż zachciało jej się wymiotować. Jak jeszcze spojrzała, że Gryfoni z braku schodów przechodzą po prowizorycznym moście linowym, odechciało jej się cokolwiek jeść. - Chyba zacznę się znowu modlić... - Co?- spytał Kevin, równie nieprzytomny. - Nie, nic... Ojcze nasz... O kurcze, ledwo zaczęłam, a już światło widzę? *Pół godziny wcześniej* Grupka uczniów nerwowo szukała wyjścia z trudnej sytuacji, oto stali przed gabinetem dyrektora mając w kieszeniach obciążające ich 'dowody'. - Ty, no nie możemy tak wejść do gabinetu ze smoczą trawą w kieszeniach! Zaraz to znajdzie. - To co mamy z tym zrobić, wysypać?!- irytował się ich przywódca trzepiąc najmniejszego z nich w łeb. - Może spalimy szybko?- zaproponował jeden - Chyba cię...- żyły wstąpiły na czoło szefa bandy, po czym ustąpiły miejsca widocznemu promieniowi olśnienia, gdy jego oczy skierował się w stronę płonącego ptaka - Wyrzucimy to na niego! - Hagridzie, nie widziałaś czasem Fawkesa?- Dumdledore nie mógł znaleźć swojego pupilka - Ni, cholibka, pewnie poszedł rozprostować skrzydła. - To dziwne, miałem opiórkować paru uczniów, zawsze mi przy tym towarzyszył, a tym razem go nie było, to niepodobne do niego Tym czasem Fawkes szalał sobie 'pod wpływem' w najlepsze po klatce schodowej ku przerażeniu Gryfonów, których most linowy był coraz bardziej nadwątlony. - Pst! Robin! - Huh? O, Lindsay... Kevin, idż sam na razie- Robin pożegnała kolegę i weszła w ciemny zaułek, w którym stała pewna bardzo ładna ślizgonka, o nieco świecących w ciemności oczach. - I co? Reila poprawiła nam oceny? Krukonka pokręciła przecząco głową. - Snape leży w majakach, Drops nie spuszcza go z oczu. - Kuuurde. Jak sie stary dowie, że zawaliłam eliksiry, rozniesie tę budę na drzazgi. - A jak się dowie, że zdajesz na Oxford i w ogóle się nie uczysz magii, tylko tej jak temu tam... ma... maatem... - Matematyki. To mnie spali na stosie, ej dobra, póki co się mną nie interesuje, ale kiedyś sobie przypomni, to będzie sajgon. - Będzie co? Skąd ty bierzesz te wyrażenia? Mugolskie pewnie? - Taa, po prostu będzie jak wkurzony Merlin na wycieraczce Najswiętszego Inkwizytora. Kula ognia przeleciała tuż nad ich głowami z głośnym pijackim śpiewem. - Aaa... Smocze rozlewisko. - Co? Tym czasem ojciec wkurzał się w najlepsze w swojej wiejskiej posiadłości. - Prosiłem o 2 łyżki cukru, herbaciane a nie stołowe!! - Ale herbaciane się skończyły, panie...- łkał skulony przed nim mężczyzna o nieco szczurzej twarzy. - Nie wiem co ci odpowiedzieć... Po prostu nie wiem...- miał ochotę wziąć do rąk różowego misia, usiąść w kącie i płakać. Ta chodząca definicja idiotyzmu to ma być ta piękna, czarodziejska czysta rasa o której zawsze marzył? Nie, musi zachować godność, jakby to wyglądało. On płaczący?! Wyjrzał przez okno. Yaxley dłubał różdżką w nosie a Selwyn drapał się swoją po tyłku, łamiąc nieświadomie trzynaste przykazanie: nie dobijaj. - Peter, widziałeś gdzieś mojego misia? Fawkes siał spustoszenie w całym zamku, omijając przy tym główną halę, w której zebrani byli wszyscy w celu zjedzenia śniadania. Wleciał do kuchni, poprzetrącał garnki i miski, pozrzucał skrzaty z ich stanowisk roboczych. W głównej hali z nieba zaczął padac biały deszcz. - Śnieg? Już?- dziwił się dyrektor - Tylko czemu na prawdę tu pada, Albusie?!- spytała wzruszona McGonnagal's - Nie mam pojęcia Minervo. - Dumbledore złapał kilka kropel na dłoń i polizał- Mleko! Ledwo ciało pedagogiczne doznało olśnienia jak z sufitu zaczęły spadać płatki. - Zatłukę gnoja!- krzyczał skrzat-kucharz - Nie będę po nim tego sprzątać!- oburzała się jakaś skrzatka Skrzaty rzucały w feniksa czym popadnie, toteż z sufitu na głowy uczniów i szanownej kadry posypały się garnki, sztućce i szkło dudniac i dzwoniąc o posadzkę, czy też czaszki. Uczniowie uciekali w popłochu, krzycząc za każdym razem gdy dostawali czymś ciężkim. Albo zaklęciem Goyla, który próbował na coś się przydać. - Goyle! Ty nieeee!- darł się Draco. Krwawy baron zanosił się śmiechem w powietrzu do momentu gdy przeleciał przez niego solidny kocioł. Rozsierdzony takim potraktowaniem przywołał inne duchy, które zaczęły rzucać wszystkich tym, co im akurat wpadło w ręce. Drops próbował opanować sytuację, ale nie za bardzo wiedział jak. Zbijał zaklęciami pojedyncze widelce, łyżki i noże, namachał się przy tym tak, że z kieszeni wyleciało mu zdjecie ukochanego. - Gellert!- krzyknął widząc jak zdjęcie opada na podłogę umoczoną mlekiem, rzucił się, żeby je złapać nie bacząc na to co na niego leci. Hagrid osłonił go przed ciężką patelnią. - Ugh! Cholibka... Niestety nikt dyrektora nie osłonił przed znokautowanym Hagridem. - Coś to nie działa na niego- stwierdził skrzat z czerwoną ścierką owinietą wokół czoła i tasakiem w ręce. - Dość tego, to nie nasz problem tylko ich, przerzucamy go na halę! I niech im powie, że obiadu nie bedzie! Magiczne niebo nad głowami mieszkańców Hogwartu zapłonęło ognistymi barwami, z których uformował się Fawkes w pełnej swej feniksiej glorii. Po czym opadł bezwiednie na podłogę uderzony celnie rzuconą miotłą prosto w łeb. - Nie bedziesz mi tu bałaganił, samcu karalucha! Tfu!- woźny splunął na nieprzytomnego ptaka, po czym wział ścierkę i melodyjnie gwiżdżąc zabrał się do sprzątania. |
|
| student jest biedny i ma suchoty | |
|
środa, 26 grudnia 2007 @ 01:36:34 | |
Tym razem nic o wspaniałej czwórce założycieli, natomiast spore rozwinięcie wątku Robin. Poprawiłam jej nazwisko troche. A miałam zamiar tym razem coś dłuższego o huncwotach dodać. W ogóle to nie miało być opowiadanie o Robin i Reili ale jakoś tak wyszło. Się zastanawiam czy czasem nie wrzucić ich na osobny blog.Kurde no, ja bym tak chciała mieć trochę więcej czasu i mniej boląca głowę. Przeprasza, wszystkich za swój brak profesjonalizmu. A lay idzie do naprawy. Musicie jakos wytrzymać te palącą Watson. Ale najpierw dokończenie poprzedniej notki. Biedna Reila nie wiedziała co ze sobą zrobić. Nie wiedziała też, czemu właściwie zadaje się z Robin. Dziewczę miało opinię miny przeciwpancernej, w dodatku ze stoickim spokojem znosiło towarzystwo Goyle'a i Crabbe'a. - A zatem, dostać szlaban u Snape'a...- powiedziała do siebie Reila. Zapomniała pomyśleć po co i na co. - Tak mówiła Robin, więc pewnie tak jest. W końcu ma najwyższe stopnie z większości przedmiotów, a nic się nie uczy. W sali nagle pociemniało, jakby całe światło udało się w jedną tylko stronę, aby w pełnej glorii ukazać przybycie profesora Snape'a, powiewającego niczym amerkańska flaga na tle amerykańskiego ucznia czytającego swoje wypracowanie na temat pierwszej poprawki do konstytucji. Ten blask, ten styl, ten seks! - Otwierać matoły podręczniki, ja nie będę się powtarzał, nie mam zamiaru zdzierać dla was gardła nieroby, od razu gryfoni szorować do tablicy, zetrzeć ją tak, abym widział swoje odbicie- mówił jednym ciagiem- dzisiaj postaram sie was nauczyć jak przyrządzić eliksir powodujący wymioty, postaram to dobre słowo, O'Shaley, czemu siedzisz w płaszczu, ściągaj to natychmiast. Reila stojąc tyłem do reszty rozpostarła poły płaszcza przed profesorem, ukazując, że nie ma na sobie więcej niż tylko czerwoną wstążkę do pakowania prezentów... Severus najpierw zajrzał do swojego kociołka. Nic tam nie było. To nie omam. - Eliksir przyrządzicie sobie sami, ja muszę natychmiast porozmawiać z panną O'Shaley na osobności- cedził wściekły i roztrzęsiony Snape- Gryfindor traci 50 punktów na wstępie, bo niestety nie będę mógł dzisiaj dopatrywać się waszej ułomności Niczym piękny ułan powiewając szatą udał się za drzwi ciągnąc Reilę za włosy. - Co ty. Sobie. Dziewczyno. Myślisz.- dyszał każde słowo - Zapytam Robin, bo nie wiem. Zaraz wró... - Nigdzie się nie wybierasz!- Severus złąpał ją za nadgarstek- Masz szlaban do końca roku!! - Robin zdaje się mówiła, żeby w razie co, powoli pociągnąć za wstążkę...- przypominała sobie Reila- chyba... a może miałam się zapiąć pod szyją? - Ty durniu! On nie miał wylądować przez ciebie w szpitalu z powodu odwodnienia! Chciałaś, żeby wyślinił się na śmierć?! Miałaś tylko poprawić mi oceny. Znaczy sie nam...- Robin strofowała Reile przez cały kolejny tydzień. Severus śnił dziwne sny w skrzydle szpitalnym. Tak jakby był znowu młody... -Zdobyłem puchar!- chełpił się James żrąc ze lśniacego, ociekającego mlekiem pucharu płatki śniadaniowe, siedząc z resztą gangu na śniadaniu w głównej hali. Od spania z pucharem zamiast poduszki miał odcisnięte na policzku godło Gryffindoru. - Zdobyłem puuuchar!!! - Nie ty, tylko cała drużyna, James- upomniał go Lupin, ale zaraz dał sobie spokój zajmując się wyplątywaniem płatków z włosów - Zbezcześciłeś włosy Lunatyka!- oburzył sie Syriusz, jak zawsze oślepiajacy blaskiem swoich włosów na kilometr. - Zdobyłem puchar!- Potter ciągnął swoje - A co z tą Evans?- spytał Peter - Zdobyłem puchar - Aaaa! Rozuuumiem!- przytaknął podlizując się Pettigrew - Nie wiem co z nim zrobimy...- mówił lekko zirytowany Syriusz, pomagając Lupinowi doprowadzić włosy do normalnego stanu... - ...zdoby... - Ale tak tego - ...uchar... - Zostawić nie możemy Lupin przytaknął wzdychając ciężko - Drogi Jamesie, jestem pewien, że Snivelus jeszcze nie słyszał o twoim sukcesie... Jamesa dosłownie zmiotło. Gdyby koledzy nie wiedzieli, że w zamku się nie da, powiedzieliby że się przeniósł za pomocą magii. (teleportował, teges, nie wiem jak to tłumaczone było, po angielsku czytałam, gomene = =) I tu wspomnienia przemieniły się w koszmar. James przybrał olbrzymie rozmiary i w kółko mantrował jedno tylko zdanie- zdobyłem puchar! - Zdobyłem puchar! Zdobyłem puchaaaaar!!- Severus krzyczał rozpaczliwie przez sen. - Nie wątpię w to, Severusie.- powiedział oschle Dumbledore.- Możesz mnie jednak olśnić, co to wszystko miało znaczyć? - Zdoby.. A-ale co?- Sev oprzytomniał nieco. Nie miał pojęcia co sie działo, wiedział tylko jedno. Ten błysk w oku Dropsa, który teraz widział oznaczał nie tylko złość, ale też chorobliwą zazdrość. A tej obawiał się najbardziej. Ostatnią osobą, która widziała ten błysk był Grindewald, niedługo przed ich historycznym pojedynkiem.* *Dla niekumatych: Dumbledore był zakochany w Grindewaldzie, planowali razem podporządkowanie czarodziejom mugoli, ale Drops się nieco opamiętał i pokonał Grindewalda w legendarnym pojedynku, aczkolwiek niektórzy podważają, że walka w ogóle miała miejsce. Robin Loxley, uczennica Hogwartu, lat 15, z chwilowa ambicją puszczenia budy z dymem i rzucenia paru osób sklątkom tylnowybuchowym na pożarcie. Oczy niebieskie, włosy ciemny blond, poplątane od biegania po zakazanym lesie. Już dawno za pomocą książki z zaklęciami kucharskimi znalezionej u babci na strychu wybudowała sobie swoją własną, mała fortecę na drzewie po środku okrytego mgłą zakazanego lasu, transmutując w dość skomplikowany sposób resztki z pewnego śniadania. Ale ponoć jak człowiek wściekły, to potrafi, Owego poranka była jeszcze małą dziewczynką z dwiema czerwonymi kokardkami we włosach. Zawsze nienagannie ubrana i uczesana, jedynie ona wiedziała, że pod rajstopami ma zdarte kolana i posiniaczone nogi. Ale te zranienia jedynie napawały ją dumą i zadowoleniem. Z domku na drzewie zawsze ładnie było widać księżyc. To on od wieków czuwał nad magicznymi obrzędami jej przodków w magii. Około piątej nad ranem postanowiła w końcu wrócić do swojego domu, którym był Ravenclaw. - Co otrzymamy po skrzyżowaniu dupy renifera z profesorem Snape'm? - Jak miotłę kocham, zawołam Filcha!- odwarknęła Robin w stronę Irytka, który latał teraz wokół niej. - Jednakże to bardzo intrygujące pytanie, nie uważasz?- odezwał się głos, który zazwyczaj męczył Puchonów zanim umożliwił im doczołganie się do swoich łóżek. Jedno trzeba o nim powiedzieć- był bezlitosny. - Nie, nie uważam. - Nnfnie uffasham... bleee- przedrzeźniał ją Irytek - Zatem odpowiedź? - To BYłA moja odpowiedź!! Przepuść mnie już bo poznasz uroki zaklęcia plagi tysiaca korników! - Twoja odpowiedź nie satysfakcjonuje mnie... I tak do świtu... - Robin, co ty tam mamroczesz do siebie? - spytał Kevin, chłopak z czwartego roku, którego Robin niegdyś zabrała na wycieczkę po lochach, wmawiając, że znajdą tam smoka. I znaleźli. Na szczeście był zbyt zajęty ogryzaniem kości, której wspaniałomyślnie użyczył mu Kieł. - Robię wyliczankę, iść na śniadanie, iść spać, iść na eliksiry, czy spać dalej, iść na transmutację, czy drzemać, tłumaczyć się przed Dropsem dlaczego mnie nie było na zajęciach, czy olać to też i ewentuanie chrapać u niego na dywaniku. Kevin wziął Robin pod ramię, podniósł z podłogi i lekko otrzepał. - Mają nowego skrzata do kawy. Nawet dolewa mleka jak ma lepszy dzień. I ma nieco mniejszą siłę rażenia niż poprzedni. - Niegłupie... Wyszli na klatkę schodową, czekali aż schody polecą w odpowiednie miejsce, aby mogli dostać się na trzecie piętro. - Co jest? Czemu się nie ruszają? - Chyba dlatego...- obok schodów wisiała kartka 'zamknięte na czas konserwacji, przechodząc narażasz życie swoje i innych!' Jedyne czego Filch nauczył się w swoim życiu to ładnie nazywać swoją prace, czyt. latanie ze ścierą - Szlaaaag mnie zaraaaz - Co jet Loxley! Czyżby jakieś problemy?- zawołał do nich wesoło Draco Malfoy- Schody się zacieły?- odpowiedział mu śmiech Crabbe'a i Goyle'a - juuuuż mnie trafiiił..... - Panowie!- Draco uspokoił kolegów- Nie zostawia się damy w potrzebie. A chociaż... nie Goyle, ty nie. Robin, co ty na to żeby pożyczyć schody od gryfonów? Oni tak chętnie wszystkim pomagają, na pewno nie mają nic przeciwko- powiedział Malfoy z wrednym uśmiechem Przez ułamek sekundy w głowach Kevina i Robin przewinęło się słowo szlaban, ale zaraz ustąpiło miejsca kofeinie i paru niecenzuralnym wyrażeniom. - 3..4..Wingardium leviosa!- powiedzieli razem. Na początku szło gładko, do momentu, gdy coś zaczeło się chwiać. - Miiaaaaaau!!! - Oż ty w .... - Norris ty durny kocie! Schodzy latały dosłownie we wszystkie strony, każdy z czarujacych róbił co mógł aby utrzymac wciąż biegającego kota. Do tego zacyznali już opadac z sił. - Goyle, zróbże coś!!- krzyczał Draco Goyle bez namysłu zamchnął się różdzką na kota, coś trzasnęło, poleciał siwy dym. Z drugiego końca korytarza dało się słyszeć kroki. Kropelki potu wstąpiły na czoła młodych i nie do końca zdolnych czarodziejów. Kroki były coraz bliżej a cała czwórka nie przestawała się szamotać. Po chwili dało się też słyszeć gwizdanie Dropsa. W ostatniej chwili dyrektor okręcił się na pięcie i zawrócił. Wszyscy odetchnęli z ulgą. TRRRRRACH Zaomnieli o schodach... Miaaaaaaaaau!! -Kawyyy.... - No teges.. jest tu jeszcze dużo schodów...- niepoddawał się blondyn- zawsze mogę po ciebie przylecieć na miotle... ale z odwiezieniem będzie mały problem...- powiedział i mrugnał do niej okiem - Wiesz... ty już dosyć pomysłów dzisiaj miałeś... Nie odzywajcie się wszyscy do mnie.... |
|
| Pali się moja panno | |
|
wtorek, 4 grudnia 2007 @ 18:32:37 | |
Knajpa, jest ciemno, a ona czarna, w środku mordercy, łamią zapałki i takie tam. Jak to ujął Godryk- jego kompania złożona z delikatnych i kruchych niewiast raczyła się właśnie towarzystwem dzielnego rycerza(jego samego), przy którym mogła spokojnie raczyć się posiłkiem. Jak to ujął Salazar bezczelnie włączony przez kolegę do haremu delikatnych niewiast- on i banda durni, którzy czegoś chcieli, sami nie wiedzieli czego, więc zamówili wszystko co było w menu razy 40 i 4, zabijali nudę w cuchnącej oberży. Helga była zbyt pijana, żeby to jakkolwiek ująć. Jak to później ujęła historia, a historia do silniejszych i lepiej uzębionych należy, Rowena i jej podwładni tejże właśnie nocy mieli dokonać czynów niezwykłych. Co z powodu wypadków losowych zostało odłożone na termin późniejszy. - W ogóle to... gdzie wy chcecie stawiać tę szkołę? - Nie, nie, nie. Jednakże. Zupełną głupota jest... Tak, tak, tak, absolutnie. Ależ nie masz racji mój drogi... Na pewno.... Zupełnie nie tak.- rozgorzała dyskusja. - Ludzie! Brać kije, kiełbachę, zagrychę i co tam pod ręką, wiedźmę palą!!- wpadł wielce ucieszony mieszkaniec miasteczka wołając ludzi na wspólnego grilla. - Eee... - Ano... - Mamy ważniejsze sprawy- powiedział Salazar, bezczelnie kryjąc pod tym zwyczajne lenistwo, lub też niechęć do oddalania się od pijanej Roweny, która byłą całkiem przyjemnie blisko Na fiestę stawił sie sam arcybiskup ze swoją strażą. - Jak ci na imię, wiedźmo?- ochrzanił ją bardziej, niż spytał, robiąc test z wody święconej -Wendelina- odpowiedziała przyszła grzanka - Ano nie rozpuściła się... muszę bardziej poćwiczyć...- mruczał do siebie zawiedziony duchowny - A czy ja cię czasem już nie utopiłem w zeszłym tygodniu?...(konsternacja) - Nie, ksiądz dobrodziej nie topił. - Aha... Dziewczę miało potargane, blond włosy i wyraz twarzy co najmniej opętańczy i szaleńczo zadowolony z sytuacji w jakiej się znalazło. - No dajcie spokój nie możemy tak patrzeć bezczynnie!!- panikowała Helga za kielicha, rozlewając tu i ówdzie trunek - Daj szpokój, je-eśli to prawdzifa ffieśma, to rzuczi czar i bedzie z głofy mjaał'a- ciągnął spod stołu Godryk - D-dajczie mi to fino, fięczej nie pijeczie- wkurzyła się Rowena, że jej przeszkadzają w sprawdzaniu co lepiej otumania Salara, ona czy alkohol. Póki co przegrywała z procentami bezlitośnie. - Nie, to, hik, to nie! Sama to z-zrobię!- wkurzyła się Helga - Z-zza-za zatrzymaj ją ktoś!- Rowena jeszcze zreflektowała co się święci i próbowała złapać Helgę za suknię A Helga właśnie szła ugasić stos baniakiem gorzały. - Jej uczniowie wyrosną na największych durni czarującego świata...- pomyślał Salazar sekundę przed tym jak widok przesłoniła mu kula ognia. Jak może wiecie z fizyki, trzecia zasada dynamiki Newtona konkretnie, każdej akcji towarzyszy reakcja. będąca wypadkową obu sił. Czyli jak sprzęt elektroniczny świruje pod wpływem magii, to dlatego, że magii jest więcej i wypadkowa jest cała pokręcona jak progi podatkowe. Ponieważ nie jest to magia ukierunkowana na jakiś konkretny cel, ani właściwość, jest to magia potencjalna a nie kinetyczna. Zatem, jeżeli przyłożyć do telewizora odpowiednio bombę o mocy tysiąca ton trotylu, powinna ona odeprzeć magię i pozwolić telewizorowi działać. A uczennicom oglądać Modę na Sukces. A Wy myśleliście, że skąd tyle Marry Sue w Hogwarcie? Z kogoś musiały brać przykład. Piękna i delikatna Taylor, wyniosła dziwka Brooke, zimna i uparta w dążeniu do celu Stephanie i na końcu jeleń, który na to wszystko zarobił, Eric. Bomba musi być oczywiście w stanie ciągłej gotowości do wybuchu, inaczej nie liczy się jako energia potencjalna. - Ja ci powiem co ty zrobisz, Reila. *szeptu szeptu na ucho* - ŻEEE COO? A co ja jestem, Robin, pan w płaszczu ciemną nocą pod dziurawym kotłem?! - Nie bądź taka hej do przodu, najpierw jeszcze musisz dostać szlaban. Zrobisz tak *szeptu szeptu* - Ale skrzat do kawy i tak jest niedysponowany, nie kopnę go w dupę przy Sever... Profesorze Snape! Ja chce tylko szlaban a nie... a nie...- tutaj nastąpiła wizja życia w jednej chatce z tym dziwakiem, Hagridem, czy jak mu tam, i jego psem, który całymi dniami pomaga mu prostować kanapę i wiązać sadełko- PIIIIIISK! - I czego mdlejesz, myślisz, że ja cię sama zataszczę na górę, może na plecach własnych jeszcze co? Obudźże się! *trzask po pysku, raz i dwa* No mówię do ciebie chyba!! - Albusie...- mówiła po cichu zasuszona McGonnagal's- nowy skrzat do kawy przyjedzie we wtorek, sprowadzamy go z Afryki, z plantacji kawowej -.... - To na nic, dyrektor zamknął się w sobie... uważa, że to jego wina- szepnął do niej łagodząco Flitwick przez głowę Dropsa, która spoczywała nieruchomo w talerzu owsianki już od 20 minut. - Aha.... c.d.n. bo to jest notki pół, ale jest nie wszystkie wątki wyjaśnione |
|
| Nadchodzą ciężkie czasy | |
|
wtorek, 13 listopada 2007 @ 00:37:24 | |
- Ponieważ...- Snape ciągnął niechętnie, akcentując każde słowo- Profesor Dumbledore, wyraził taką wolę... ci, którzy nie zaliczyli, wczorajszego, sprawdzianu- chwila ciszy i kontemplacji(głębokiego, duchowego przeżywania) bólu głowy- mają dzisiaj szansę poprawić go ustnie.- oh ah(wszyscy) - Co my tu maamy... Longbottom... nie napisał nic. Poprawiasz? I dobrze. Weasley. Wyjątkowo napisał. I to dużo. Ale nieczytelnie. Lacz (1). Poprawiasz? - ...jego mać... PLUSK - Nie mieliście jeszcze lekcji o udzielaniu pierwszej, a zarazem ostatniej, pomocy w przypadku utopienia w kotle z wywarem własnej, nieudolnej roboty? Uczniowie nieśmiało pokręcili głowami? - I dobrze... Sevuś przegladał dalej puste kartki. - Lacz. Laska. Pała. Jedynka. Szlaban.- kontynuował aż jego oczom ukazało się jedno krókie zdanie. "Kocham Pana." - O'Shaley, zostaniesz po lekcji i mi to wytłumaczysz. - T-tak jest profesorze- odpowiedziała przestraszona dziewczyna o długich, czarnych włosach i śnieżno-niebieskich oczach. - Mówiłam ci, że to głupi pomysł!- szepneła do niej koleżanka - Sama mnie do tego namówiłaś!! - A ty się mnie zawsze musisz słuchać? Weź ten chociaż dekolt trochę opuść! - Przed chwilą mówiłaś że... - Nie dyskutuj ze mną - Nikt nie chce poprawiać? To wynocha... *** Następnego dnia *** Poranek - Albuuus, to t-tyy? - S-s-s-s-... - No powiedz to, wiesz jak sie nazywam - S-sev.... - Oj, m-musisz jeszcze popracować... Dwaj profesorowie wlekli swoje oświatowe tyłki po omacku szukając skrzata do kawy. Jak co rano z resztą. Po drodze wpadali na wielu innych belfrów, również nie będących w stanie zacżąć dnia bez błogosławionej kawy. Tym czasem Słońce bezczelnie świeciło i wrednie manifestowało tańcząć wokół planety ziemskiej zwiastując koniec szanownej Nocy, spychając dzielny Ksieżyc zwany inaczej Niosącym Ukojenie, zsyłając Dzień niczym grom na barki biednych ludzi, zadajacych sobie odwieczne pytanie- Za Co?! O to w pilnie strzeżonej hali stał na podwyższeniu Skrzat do Kawy, w pełnej gotowości rozlewać życiodajny napój, pozwalający zmniejszyć zawartość toksycznej krwi z układzie kofeinonośnym. Dyrektor i profesor Snape przyjeli należną im dawkę z pokorą i wdziękiem. - Oh... już mi lepiej (Drops) - Mi też (Snape) - A swoją drogą, Severusie, nie zauważyłeś dziś czegoś dziwnego? - Hmmm? Nie. - Coś mi nie daje spokoju... Skrzat stał niczym spetryfikowany. Gapił się w jeden punkt. - Severusie!! Twoje włosy! Na siwą brode Merlinaa!!- Drops trzymał się za sefce, jakby miał zawał. Szukał reką oparcia dla ciała. Strącił Skrzata i to tak, że biedak stłukł termos z kawą. Następnie próbując się podnieść poślizgnął się i skręcił sobie jelita i zwichnął zęby. - Albusie! Uszkodziłeś Skrzata do Kawy!!- krzyknęła spanikowana McGonnagal. A za nią do hali wkroczył tłum rządnych Kawy i sprawiedliwości nauczycieli. Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na tę scęnę. Śniadanie W związku z niedyspozycją Skrzata do kawy odwołuje sie część lekcji na czas bliżej nieokreślony. Crabbe przez pomyłkę założył szaty Draco. Nieprzyzwoicie obcisłe. Od rana otaczał go wianuszek nowych kolegów. Hagrid wysłał brata, aby go zastąpił. Kieł pomagał mu chorować. Dumbledore ogolił się wkurzonym Fawkes'em zamiast maszynką. śmierdział wędzoną szynką na kilometr. MC-Gonnagal (aka wu ce dyktator) podpaliła uczniom tiary zamiast świec w hali. Irytek plótł Filchowi warkoczyki, a potem bawili sie lalkami. Hermiona żarła własną pracę domową zamiast chleba. Snape umył włosy. I nie odwołał zajęć. I się uśmiechał, patrząc rozmarzonym wzrokiem. - I co, czemu nie wróciłaś na noc do pokoju, co on ci dał za szlaban? - Wolisz nie wiedzieć... - Mówiłam ci, żebyś zakryła te cycki, jak ty w ogóle do niego poszłaś! Na pewno ci nie odpuści już do końca roku. - No chyba nie... - Wiesz co, mam plan. - Nie RObin, nie masz. Ale Robin juz była we własnym świecie fantazji. Albo raczej w Domu Mody Forester i świecie ich intryg. W następnym odcinku: - Skąd uczniowie Hogwartu znają Modę na sukces? - Czy odzyskają Skrzata do Kawy? - Jaki plan na Robin? |
|
| Gdy Słońce w nowiu wzejdzie | |
|
piątek, 21 września 2007 @ 16:55:05 | |
Szczere pole z popalonymi chatami i drzewami w tle. Średniego rozmiaru zamek, a nad nim lata smok a przed nim bieżą trzy osoby na koniach.- Jakoś tego nie widzę...- wymamrotał cicho Godryk - Też nie....- jeszcze ciszej powiedziała Helga - MILCZEĆ!!- zganiła ich podirytowana tchórzostwem kompanów Rowena. - Salazarze!! Mamy dla ciebie propozycje nie do odrzucenia!!- zawołała w kierunku zamku. Zakapturzona postać niesamowicie smakowitego faceta, dwudziesto-paro letniego, wychyliła głowę zza muru. - A to Godryk nie przyszedł zabrać swoich rzeczy?- pomyślał patrząc się na wiszące na sznurku do prania między wieżami bokserki z obrazkiem uśmiechniętego lwiątka. - No Godryk! Pokaż jaki jesteś męski!- powiedziała ze złośliwym uśmiechem Rowena, 'klepiąc' Godryka po plecach. - J-JA?? Ano... my.. chcieliśmy zapytać... czy... Nie założyłbyś z nami szkoły? Uniósł wzrok pełen nadziei. Będzie f-fajnie. Parę wieków później Dyrektor szkoły zwanej Kierunek Wieprza, czyli Hogwartem (hog-wieprz, wart-kierunek, dop. autorka), przechadzał się brzegiem jeziora koloru złocistego piwa w porannym słońcu, odsłaniając swe zgrabne, długie i gładko wydepilowane nogi. Co on miał dzisiaj w planach? A tak... Powstrzymać puchońskie kółko miłośników procentów i promili i udaremnić ich zawody na alkomacie, powzdychać do zdjęcia Grindewalda, pogratulować Filchowi zakupu nowej miotły, uzupełnić niedobór kofeiny i cukrów prostych we krwi, powzdychać do Grindewalda. Parę godzin później W Lochach - Wyciągać kartki... - Nie. Snape stwierdził że to jakiś omam i go zignorował. - Pisać pytania... - Powiedzieliśmy nie. Tutaj Severus dosłownie zastygł w swoim obchodzie po klasie, jeszcze z noga uniesiona w górze gotową do postawienia kroku. - Hy! Mówiłem że to go zdezorientuje- szepnął jakiś uczeń koledze na ucho. Rzeczywiście, Snape chciał coś powiedzieć ale zupełnie nie wiedział co. Pierwszy raz spotkał sie ze sprzeciwem. - Wyciągać bachory kartki ale już, bo zaraz odpowiedzi będziecie pisać na własnej skórze. I nie myślcie że niewiedza was uratuje, podyktuje tak długie pytania że ciała nie starczy! Eeh no to... - stał, wbił wzrok w podłogę, mrugał ślepiami- przez was straciłem wątek! Muszę sie napić kawy. Siedzieć mi tu i się nie ruszać! U Dumbla w gabinecie - Chłopcy, co co wczoraj robiliście że wam tak dobrze?- dręczył dalej Dumbledore - A nie... - Nic Odpowiedzieli po sobie delikwenci - Macie 'kac' wypisane na twarzy. Dosłownie. - Myyy?! No skądże- próbował jeden - W szyciu alko-olu nie wziOłe-em do...- usiłował drugi A ja wcale nie zalałam właśnie klawiatury piwem, dwukrotnie- dop. Mad. - Zrobicie 1000 kółek wokół jeziora to wam się zrobi lepiej... - Zdechł... - Jeśli nie skończycie w ciągu godziny to dodam wam kolejne 1000. I spróbuje się chociaż jeden z was zatrzymać po drodze. To dodam 2000. - Pies... W następnym odcinku - co się stanie przy skrzacie domowym do kawy? - jak potoczą się losy założycieli szkoły? - czy Snape w końcu umyje włosy? |
|
| Uciekaj |
| Uczniowie nabroili |
| Mischief managers |
| Lay |
| Sowia poczta |
| Przechowalnia sprawdzianów |